Zamknij
REKLAMA

Ze skrzypcami przez świat. Zbigniew Rybak i jego pasja

14:43, 07.09.2021 | J.M
Zbigniew Rybak Fot. archiwum prywatne
REKLAMA

Zbigniew Rybak jest mieszkańcem Zaniemyśla, który ma za sobą barwne życie. Skrzypek, muzyk, prawie chemik. W rozmowie z Jakubem Marciniakiem opowiedział o swojej pasji, życiu i o przygodach, w których miał możliwość brać udział.

Jakub Marciniak: Jak to się stało, że zaczął pan grę na skrzypcach? Czy ktoś miał na to szczególny wpływ? Ile miał pan lat?

Zbigniew Rybak: Duży wpływ na grę mieli moi rodzice. Mój ojciec, chociaż z zawodu inżynier, miał piękny głos i pasjonował się malarstwem. Mam w domu wiele jego obrazów. Natomiast na skrzypcach zacząłem grać, gdy miałem około ośmiu lat. Chodziłem do jednego z poznańskich ognisk muzycznych. Pomimo chodzenia do normalnej szkoły, trzeba było znaleźć czas na skrzypce.

Kiedy byłem już w liceum, wstawałem wcześnie rano, żeby zrobić rzeczy związane ze szkołą, żeby potem móc ze spokojem grać.

Czy pamiętam pan swoje pierwsze wystąpienia?

Oczywiście. Przed występem był stres, jednakże jak już zaczęło się grać i pozyskiwało się słuchaczy, to wszystko przemijało. 

Czy gra na skrzypcach jest rzeczą łatwą? Ile czasu zajmuje gra na dobrym poziomie?

Nie, nie jest. Dużo zależy od talentu, pracy i samozaparcia. Trzeba grać przynajmniej kilka godzin dziennie, jeśli chce się coś osiągnąć.

Trzeba zaznaczyć, że każdy skrzypek ma problemy z kręgosłupem, tzw. lordozę. Grając na skrzypcach ma się nienaturalną pozycję ciała.

Podczas jednej z naszych wcześniejszych rozmów wspomniał pan, że miał ciekawe życie i może opowiedzieć o nim parę anegdot.

Moje życie było dość kolorowe. Oprócz muzyki interesowałem się również chemią. Miałem nawet własne laboratorium. Jednakże kiedy brałem udział w jednym z bardziej prestiżowym, ogólnokrajowym konkursie skrzypcowym, wiedziałem już, że chcę zająć się zawodowo muzyką. Studiowałem również kompozycję. Komponowałem swoje utwory. Po studiach zacząłem grać w filharmonii, jednak nie trwało to długo, jakieś dwa, trzy lata. Później grałem w orkiestrze objazdowej. Graliśmy w takich miastach jak Leszno, czy Wschowa.

W latach osiemdziesiątych wraz ze znajomym i znajomą wyjechaliśmy do Holandii grać na ulicy.

W tamtym czasie przeżyłem wstrząs. Jak to, grać na ulicy? Dzisiaj granie na ulicy jest pewną modą, ale wtedy były inne czasy. Jednak były z tego całkiem spore pieniądze. Jeśli tam zarobiło się dwa, lub trzy tysiące dolarów, to w Polsce można było żyć z nich bardzo długo. Kupiłem sobie dużego fiata. Poznałem również bardzo ciekawych ludzi. Mój znajomy, Holender, jak naliczyłem, w jednym roku przyjeżdżał do Polski aż osiemnaście razy! Tak mu się nasz kraj spodobał. Jeździłem jeszcze do Berlina, ale to już historia na inną opowieść.

W latach dziewięćdziesiątych przez pół roku grałem na statku. Zobaczyłem na nim pół świata. Załoga składała się wielu narodów. Finowie, Włosi, Filipińczycy, Chińczycy, czy Austriacy. Wypłynęliśmy z portu nieopodal Rzymu, więc miałem świetną okazję zobaczyć Ojca Świętego i Watykan, Widok był oszałamiający.

Na statku zwiedziłem Turcję, Grecję, nota bene nie zwiedziłem Akropolu, ponieważ trwały wtedy protesty, ale udało mi się zobaczyć muzeum Aleksandra Wielkiego. Zawsze lubiłem tą postać i jego wielką waleczność. 

Dlaczego zamieszkał pan akurat w Zaniemyślu?

Lubię wolność, przyrodę, często pływam w jeziorze. Rodzice kiedyś kupili tu działkę. Ojciec często tu malował. Potrafił wyjść na cały dzień ze sztalugą i wracać dopiero wieczorem. Ja natomiast to rozbudowałem i powstał dom, w którym mieszkam.

(J.M)

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitterTwitter
wykopWykop
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
0%