Zamknij
REKLAMA

Pokonał raka i wygrał życie. Dziś zdobywa medale

10:54, 01.07.2021 | J.J
Skomentuj Marian Wawszkiewicz mimo dojrzałego wieku wciąż osiąga sukcesy Fot. JJ
REKLAMA

71 – letni średzianin, Marian Wawszkiewicz należał w młodości do grona świetnie zapowiadających się kolarzy. Kiedy jego kariera zaczęła nabierać rozpędu życie szybko zweryfikowało jego plany. Niełatwo było także po kilkudziesięciu latach, kiedy ponownie wrócił do ukochanej dyscypliny. O krętej drodze do celu, trudnościach, sukcesach i ponownym zasmakowaniu kolarstwa opowiada w rozmowie z Jędrzejem Józefowiczem. 

Jędrzej Józefowicz: Po ilu latach wrócił pan do kolarstwa?

Marian Wawszkiewicz: Po 45 latach. Ciężki wypadek motocyklowy przerwał moją dobrze zapowiadającą się karierę. 

Co było takim impulsem do powrotu? 

To był trochę przypadek. W 2014 roku byłem u lekarza. Ważyłem wówczas 130 kilogramów i narzekałem na ból kolan. Doktor zalecił mi jazdę rowerem. Na początku byłem zdziwiony i trochę się obawiałem, ale ostatecznie podjąłem się tego zadania. Waga zaczęła spadać, a w 2015 roku wystartowałem w ponad 600-kilometrowym rajdzie.

Pokonanie trasy przez Warmię, Mazury i Podlasie zajęło mi 26 godzin i 50 minut.

Natomiast w 2016 roku jechałem w amatorskim Tour de Pologne, pokonując wymagającą trasę w Bukowinie Tatrzańskiej. Objechałem również dużą pętlę bieszczadzką – około 300 kilometrów. 

I od tamtej pory jeździ pan bez przerwy? 

Nie do końca. W 2017 roku okazało się, że mam nowotwór jelita grubego. Po operacji miałem chemioterapię. Walkę wygrałem w 2019 roku. W międzyczasie jeździłem już rowerem, bo takie miałem zalecenie od lekarza. Powrót do kolarstwa i zrzucenie tej potwornej wagi pomogło w zwycięstwie nad nowotworem. Mówił mi o tym lekarz, że przedzierając się przez tłuszcz byłoby o wiele gorzej i kiepsko mógłbym przejść ten zabieg, a jednak zanim zachorowałem to trochę mięśni przybyło. 

Czy udało się panu zdobyć jakiś tytuł po powrocie? 

W 2019 roku w Gryficach zostałem wicemistrzem Polski w kategorii 65+. Był to start w jeździe indywidualnej na czas. 50-kilometrowy wyścig należał do niezwykle ciężkich. Mimo że była wiosna, to padał deszcz, a nawet grad. Było okropnie.

W 2020 roku na Podkarpaciu zająłem dwukrotnie 2. miejsce w jeździe indywidualnej na czas.

Później starty utrudniła pandemia koronawirusa, ale i tak udało się wziąć udział w Mistrzostwach Polski w Osieku niedaleko Oświęcimia. Zająłem tam 16. miejsce. W ostatnim tygodniu kwietnia tego roku wziąłem udział w wyścigu ogólnopolskim na torze w Poznaniu. W jeździe indywidualnej na czas zająłem 3. miejsce. Dystans 20 km. Dzień po tych zawodach rywalizowałem w jeździe indywidualnej ze wspólnego startu. Na dystansie 60 kilometrów zająłem 2. miejsce. 

Z kolei 1 maja zwyciężyłem w wyścigu o Puchar Prezesa Automobileklubu Wielkopolski na dystansie 60 km. Ten puchar próbowałem zdobyć 4 razy i w końcu się udało. Po tym sukcesie myślałem, że zakończę na dobre moją przygodę, ale to się nie da. Dalej brałem udział w Mistrzostwach Polski w jeździe indywidualnej na czas na dystansie 20 km, a dzień później w starcie wspólnym na 60 km. W jednym i drugim wyścigu zająłem 5. miejsce. Liczyłem na lepszy wynik, ale nie zawsze dzień i wyścig ułoży się tak jak chcemy. 

Wróćmy do momentu sprzed ponad 40 lat. Był pan dobrze zapowiadającym się zawodnikiem. Skąd w ogóle narodził się pomysł na kolarstwo? I co udało się panu osiągnąć w czasach młodzieńczych? 

Wychowałem się w Boguszynie koło Nowego Miasta. Niedaleko mojego miejsca zamieszkania przejeżdżał Wyścig Pokoju. Miałem wtedy 15 lat. W momencie, gdy zobaczyłem wszystkich zawodników, zakochałem się w rowerze.

Nigdy nie zapomnę jak rodzice kupili mi pierwszy rower. Od razu pojechałem do Jarocina i zapisałem się do klubu Victoria. I tak się zaczęło. Od początku miałem w sobie pasję i talent i zacząłem osiągać pierwsze sukcesy. 

Jakie konkretnie? 

W wieku 17 lat w Słubicach zostałem mistrzem Polski młodzików, byłem też wojewódzkim mistrzem juniorów. Zdobyłem 3 brązowe medale na ogólnopolskiej spartakiadzie młodzieży. Ścigałem się także w ulicznym ogólnopolskim wyścigu w Jarocinie, gdzie odniosłem zwycięstwo. Potem dostałem się do kadry narodowej, ale z reprezentacją nie zdobyłem żadnego tytułu. 

Ale do wyjazdu na Igrzyska Olimpijskie było blisko…

Tak. Miałem już cztery tzw. kółka olimpijskie. Brakowało jednego, aby wyjechać na igrzyska. 

Polski Związek Kolarski punktował każdy wyścig. Jeśli miało się sukcesy to tych punktów otrzymywało się więcej. Na końcu wszystko sumowano.

Wspominał pan o Boguszynie. Po ślubie zamieszkaliście z małżonką w Środzie, lecz pańskie korzenie wcale nie są stąd, zgadza się? 

Moi przodkowie wywodzą się z Kombornii na Podkarpaciu. Tam żył mój ojciec, jego siostra i dziadkowie. Nie ma już ich z nami, więc cały majątek przypadł mi. Mam tam dom i przez całe lato w nim mieszkam.

Ojciec w 1936 roku trafił do wojska – służył w jednostce komandosów podhalańskich. W 1939 roku dostał się do niewoli. Wyszedł z niej kilka lat później. W sąsiedztwie znajdował się obóz kobiecy, tam poznał swoją przyszłą małżonkę.

Po wojnie nie wrócił w rodzinne strony. Osiedlili się w Wielkopolsce – w Boguszynie. 

Sporo mówił pan o wyścigach w Polsce. A czy zdarzały się panu wyjazdy zagraniczne?  

W 2015 roku pojechałem z kolegą na Węgry. Zrobiliśmy łącznie w dwie strony 455 kilometrów. Poza tym brałem udział w wyścigach w Czechach, Słowacji i na Ukrainie. 

Czym dla pana jest kolarstwo i jak na tę pasję reaguje żona? 

Idąc na emeryturę obawiałem się, że nie będę wiedział, co ze sobą zrobić. Kolarstwo pomaga mi ciekawie zagospodarować czas. Jak jesteśmy z żoną w górach, to żona 3 godziny pracuje w naszym ogrodzie, a ja wtedy wyjeżdżam w trasę. Żona jest zadowolona, że jej nie przeszkadzam i może spokojnie pracować, a ja cieszę się, że ona mi nie przeszkadza. To jest taki czas dla nas. 

Czy to droga rozrywka? 

Jak to bywa z hobby – trzeba do niego dokładać. Zazwyczaj 200 zł kosztuje mnie wpisowe, do tego należy doliczyć dojazd, hotel i wychodzi na to, że wyścig mnie kosztuje 500 zł. Za wygrane zawody pieniędzy nie dostajemy, a jedynie puchar, którego wartość często jest niewielka. 

Jestem wdzięczny moim sponsorom, na których zawsze mogę liczyć i bardzo im dziękuję za wsparcie. W przeszłości mogłem też liczyć na byłego burmistrza – Wojciecha Ziętkowskiego, bo nieraz finansował moje wyjazdy, np. gdy koszty wyjazdu przekraczały 500 zł. Dorzucił mi wtedy z 1000 lub 1500 złotych. Otrzymywałem darowiznę lub opłacano mi wpisowe. Poza tym zawsze miał dla mnie czas, zapraszał mnie, rozmawialiśmy. A teraz obecny burmistrz Mieloch ze starostą Iwańczukiem mają to gdzieś. Inne dyscypliny i kluby wspierają, ale mnie nie. 

Za nowego burmistrza, abym mógł coś otrzymać kazano mi się gdzieś zrzeszyć. Zapisałem się do Poznańskiego Towarzystwa Cyklistów. Poszedłem do włodarzy z informacją, że należę do klubu. A oni odwrócili kota ogonem i powiedzieli, że to nie jest klub sportowy. Powiedziałem im, że nie potrafią uszanować starszego sportowca. Nieraz startowałem w zawodach z logiem Powiatu Średzkiego i Miasta Środa, promując w ten sposób naszą małą ojczyznę. 

A nie myślał pan by dołączyć do klubu MKS Środa? 

Próbowałem, ale powiedziano mi, że jest to klub dla młodzieży i nie polegają na takich rocznikach jak mój. 

Jak często pan trenuje? 

Trenuję co drugi dzień. Tygodniowo robię 400 kilometrów. Zimą nad formą pracuję z trenerem na siłowni. A będąc w górach sporo spaceruję, jeżdżę i koszę trawę w moim wielkim ogrodzie. 

Jakie teraz stawia pan sobie cele? 

Jak zdrowie pozwoli, to niedługo wystartuję w wyścigu na 60 km w Rawie Mazowieckiej. Nigdy nie planuję całego sezonu. 

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitterTwitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze
REKLAMA
REKLAMA

komentarz (0)

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz

REKLAMA
0%