Stefan Łączniak jest najdłużej żyjącym emerytowanym pracownikiem średzkiej wąskotorówki Fot. KM
W świecie, który nieustannie pędzi naprzód, istnieją ludzie będący żywymi mostami łączącymi nas z przeszłością. Jednym z nich jest Stefan Łączniak, najdłużej żyjący emerytowany pracownik Średzkiej Kolei Powiatowej. Rocznik 1937 w szczerym wywiadzie wspomina morderczą pracę przy przeładunku, mroźne zimy na otwartych wagonach hamulcowych oraz tragiczne wypadki, które na zawsze zapisały się w jego pamięci.
Spotykamy się w roku 2026, niedługo przed Twoimi 89 urodzinami. Możesz opisać swoje pierwsze kroki zawodowe, które doprowadziły Cię na tory?
Urodziłem się w sierpniu, więc za trzy miesiące skończę 89 lat. Moja praca zarobkowa zaczęła się w 1955 roku w cukrowni w Witaszycach. Byłem wtedy kawalerem, przepracowałem tam dwie kampanie. Następnie trafiłem do roszarni. Spędziłem tam siedem lat, wykonując ciężką pracę przy osadnikach. Moim zadaniem było czyszczenie kilkunastu stawów, z których wybieraliśmy szlam po wypuszczeniu brudnej wody. Pracowaliśmy łopatami, fizycznie, bez maszyn.
Kiedy nastąpił moment przejścia do służby na kolei?
To było w 1964 roku. Dowiedziałem się od kolegi, że na kolei potrzebują rąk do pracy. Poszedłem do kierownika w Witaszycach. On zmierzył mnie wzrokiem i stwierdził, że jestem za lichy do takiej roboty. Na kolei wolnych etatów na trasie nie było, oferowali tylko przeładunek. Uparłem się, że dam radę. Skierowano mnie na badania lekarskie do Poznania. Musiałem uzyskać pierwszą kategorię zdrowia, co przy tamtejszych rygorach nie było łatwe. Przeszedłem je pomyślnie, a kolega, który starał się o pracę ze mną, odpadł ze względów zdrowotnych. Tak w 1964 roku zostałem pracownikiem przeładunku na stacji w Witaszycach.
Jak wyglądała rzeczywistość na przeładunku w latach 60?
Pracowałem tam łącznie sześć lat, z przerwą na jazdę w trasie. To była praca polegająca na przenoszeniu towarów z wagonów normalnotorowych na wąskotorowe. Woziliśmy wszystko: węgiel, wapno, nawozy, drewno. Standardowy wagon miał 24 tony ładowności. Musieliśmy go rozładować do trzech małych wagoników wąskotorowych o pojemnościach 6, 12 i 13 ton. Czasem trafiały się większe wagony, 29 tonowe. Wtedy podstawialiśmy dwa większe wagony wąskotorowe. Wszystko przerzucaliśmy łopatami. Zarobki były dobre, dlatego mimo ciężkich warunków trzymałem się tej roboty, bo budowałem dom i potrzebowałem funduszy.
Po okresie pracy na przeładunku trafiłeś w końcu na trasę jako hamulcowy. Na czym polegała ta funkcja?
Jako hamulcowy pracowałem przez 11 lat. Hamulcowy był kluczowy dla bezpieczeństwa składu, zwłaszcza przy zjazdach z wzniesień. Parowozy, którymi wtedy dysponowaliśmy, były zbyt słabe, by samodzielnie wyhamować ciężki skład towarowy. Na wagonach znajdowały się specjalne siodełka z oparciami oraz korby hamulca ręcznego. Moim zadaniem było siedzenie na takim wagonie, czasem w środku składu, czasem na końcu i obserwowanie sygnałów. Gdy maszynista dawał sygnał dźwiękowy, oznaczało to nakaz hamowania. Wtedy kręciłem korbą, dociskając klocki do kół.
Warunki atmosferyczne musiały być wtedy wyjątkowo dokuczliwe?
Pracowaliśmy pod gołym niebem. Zimą mróz i wiatr dawały się we znaki, bo wagon pędził, a hamulcowy musiał trwać na posterunku. Nosiliśmy wtedy ogromne, ciężkie kożuchy, które chroniły przed wychłodzeniem. Pamiętam zimy, kiedy śnieg sięgał po kolana, a w wykopach tworzyły się zaspy wysokie na dwa metry. Raz utknęliśmy tak mocno, że do odkopania pociągu wysłano dwa parowozy z pługiem i całą grupę ludzi z łopatami. Pług uderzył w zbitą zaspę i stanął. Musieliśmy ręcznie odrzucać śnieg wysoko na skarpy, żeby udrożnić tor. Innym razem odczepiliśmy parowóz, żeby sam „bił” w śnieg i przebijał drogę dla wagonów. Wyskakiwałem wtedy na stopień lokomotywy, żeby pomagać przy manewrach.
Wspominałeś o transporcie drewna, który wymagał specjalistycznej wiedzy. Jak sobie z tym radziliście?
Drewno, tak zwaną dłużycę, woziliśmy na specjalnych wózkach z kłonicami. Bale miały po 10 metrów długości i były bardzo grube. Używaliśmy dwóch wózków – jeden pod przód, drugi pod tył ładunku. Na wózkach były metalowe bolce, które wbijały się w drewno i trzymały je stabilnie. Nie trzeba było go wiązać linami. Jedynie u góry spinaliśmy kłonice łańcuchami. Najtrudniejsze były ostre zakręty. Trzeba było jechać bardzo powoli, by wózki nie wyskoczyły z szyn pod naciskiem długich bali drewna. Nigdy nie zdarzyło mi się, żeby drewno spadło z wagonu podczas transportu.
Mówiłeś także o okresie pracy w roli konduktora. Jakie dodatkowe obowiązki dochodziły na tym stanowisku?
Jako konduktor pracowałem rok. Musiałem przede wszystkim dbać o komfort pasażerów zimą, co oznaczało palenie w piecach znajdujących się w wagonach. Ogień rozpalało się jeszcze na stacji, ale w trakcie jazdy trzeba było regularnie dokładać opału, żeby w środku było ciepło. To była też praca z ludźmi, w dni targowe w pociągu do Zagórowa bywało tak ciasno, że z trudem dało się przejść przez wagony. Sprzedawało się wtedy setki biletów. Razem z kierownikiem pociągu potrafiliśmy sprzedać po 200 sztuk każdy podczas jednego kursu. Bilety były wydzierane z bloczków, trzeba było wszystko skrupulatnie rozliczyć w kasie po powrocie. Nie było mowy o jeździe na gapę, choć przy takim ścisku sprawdzenie każdego pasażera było nie lada wyczynem.
W 1991 roku nastąpił przełomowy moment w Twojej karierze. Co się wtedy wydarzyło?
W 1991 roku podjęto decyzję o zamknięciu kolei wąskotorowej w Witaszycach. Dowiedziałem się o tym, będąc na delegacji w marcu. Gdy wróciłem, moja jednostka macierzysta już kończyła działalność. Ponieważ miałem jeszcze kilka lat do emerytury i wcześniej zrobiłem kursy na dyżurnego ruchu, przeniesiono mnie do Środy, gdzie zacząłem pracę właśnie na tym stanowisku. To była zupełnie inna specyfika niż w Witaszycach.

Jakie różnice zauważyłeś między koleją w Witaszycach a tą w Środzie?
Przede wszystkim różnił się rozstaw torów. W Witaszycach mieliśmy 60 centymetrów, a w Środzie 75. Pamiętam swój pierwszy wyjazd parowozem w stronę Zaniemyśla. Przejeżdżaliśmy przez wysoki wiadukt nad torami dla zwykłych pociągów osobowych. Wagony na tym szerszym rozstawie kołysały się znacznie mocniej. Kierownik pociągu ostrzegał mnie „Stefan, nie patrz w dół”, bo wysokość i to bujanie sprawiały wrażenie, że zaraz spadniemy. Z czasem jednak przyzwyczaiłem się do tego. W Środzie ruch był mniejszy, kursowały dwa, może trzy pociągi dziennie. W Witaszycach ruch trwał całą dobę, obsługiwaliśmy cztery do pięciu składów towarowych na zmianę.
Praca dyżurnego ruchu wiązała się z dużą odpowiedzialnością. Czy dochodziło wtedy do niebezpiecznych sytuacji?
Pamiętam dwa tragiczne wypadki. Pierwszy miał miejsce w samej Środzie, przy cukrowni, gdzie tor biegł po łuku. Była noc, słaba widoczność. Starszy człowiek szedł torowiskiem. Światła parowozu świeciły prosto, więc maszynista nie zauważył pieszego na zakręcie. Doszło do najechania, człowiek zginął na miejscu. Drugi wypadek wydarzył się na przejeździe przez szosę poznańską (DK11). Wąskotorówka musiała się tam zatrzymywać, a kierownik pociągu wychodził na drogę z chorągiewką, by wstrzymać samochody. Jeden z naszych pracowników, młody człowiek, ojciec dwójki dzieci, wyszedł na jezdnię i został uderzony przez samochód. Niestety zmarł na miejscu. Byłem na jego pogrzebie, to była wielka tragedia dla całej załogi.
Kiedy ostatecznie zakończył Pan służbę na kolei?
Na emeryturę odszedłem w styczniu 1996 roku. Przepracowałem na kolei równe 32 lata, a ogółem z innymi zakładami miałem 40 lat stażu pracy. W tamtym czasie kolejarze mieli przywilej wcześniejszego przechodzenia na odpoczynek – mężczyźni po 40 latach pracy, kobiety po 35. Moja ostatnia pensja wynosiła 540 złotych. Pamiętam pożegnanie, które zorganizowano w wagonie socjalnym w Środzie. Koledzy przynieśli kocioł kiełbasy, bigos i placki. To była zżyta grupa ludzi. Po przejściu na emeryturę nie wracałem już na stację, choć tradycję rodzinną podtrzymała moja córka, która pracuje jako dyżurna ruchu już prawie 40 lat.

Z perspektywy czasu, jak ocenia Pan te dekady spędzone przy wąskich torach?
To był kawał ciężkiej, fizycznej roboty, zwłaszcza w tych wczesnych latach na przeładunku i na wagonach jako hamulcowy. Kolej wymagała od nas punktualności i trzymania się procedur. Nie było miejsca na żarty w czasie służby, bo błąd mógł kosztować życie. Ostatni raz jechałem wąskotorówką około dziesięciu lat temu, gdy kręcono film dokumentalny „Nostalgia za ciuchcią”. Zaproszono mnie wraz kilkoma byłymi pracownika, aby opowiedzieć trochę o historii kolejki. Premiera filmu była dwukrotnie w Witaszycach, oraz Zagórowie gdzie znajdowała się ostatnia stacja docelowa. Dziś cieszę się spokojem, wnukami i prawnukami, ale gdy słyszę sygnał lokomotywy, wspomnienia zawsze wracają. Kolej to było moje życie.
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu glospowiatusredzkiego.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz