Od ćwierć wieku prowadzi sklep zoologiczny, który dla wielu mieszkańców stał się nieformalnym punktem konsultacji dietetycznych. Jednak gdy zamykają się drzwi pawilonu, Maciej Jankowski zamienia fartuch na kolarski trykot i rusza w trasę, która dla przeciętnego człowieka wydaje się niemożliwa. O pasji do zwierząt i o tym, jak przejechać ponad tysiąc kilometrów, śpiąc zaledwie dwie godziny – rozmawiamy z człowiekiem, który nie potrafi przestać pytać „co jest dalej?”.
Jak to się w ogóle zaczęło? Dlaczego akurat zoologia?
Z wykształcenia jestem technikiem rolnikiem, a zanim otworzyłem sklep, przez kilka lat prowadziłem firmę produkcyjną. Zajmowaliśmy się konfekcjonowaniem pokarmów dla gryzoni i ptaków, sypaliśmy ziarno, laliśmy szampony, pakowaliśmy siano i trociny. To była ciężka fizyczna praca. Pamiętam wyprawy do zaprzyjaźnionej firmy w Gądkach – trocina była tam fenomenalna, ale układ był jasny: trzeba było być na miejscu rano, w południe i wieczorem, żeby odebrać towar i nie blokować produkcji. Sam zresztą zaprojektowałem i skonstruowałem maszynę do pakowania tych trocin.
Brzmi to jak praca na dwa etaty?
Pracowałem wtedy w Urzędzie Miejskim w Środzie. Po powrocie biegłem do firmy. Dzieci widywały mnie właściwie tylko w niedziele. Przychodziłem do domu o 22:00 czy 23:00, kładłem się spać i rano znów to samo. Rynek zaczął się zmieniać, konkurencja rosła – w samej Środzie było wtedy już pięć firm robiących to samo co ja, podczas gdy wcześniej byliśmy jedną z nielicznych takich firm w Polsce. Za namową przyjaciół postanowiłem otworzyć punkt stacjonarny. I tak od 2001 roku jestem tutaj. Z czasem wygasiłem produkcję, bo właściciel zakładu w Gądkach przeniósł się na Mazury, a ja postawiłem na pawilon.
Dziś Twój sklep to nie tylko półki z towarem, to centrum doradztwa. Słyszałem, że zdarza Ci się… degustować asortyment?
(śmiech) To prawda! Jeśli oferuję klientowi karmę z bizoniną, jeleniem wapiti, jagnięciną czy dzikim łososiem, muszę mieć pewność, co w niej jest. W tych karmach autentycznie czuć ten smak. Dzisiejsza zoologia to wysoka specjalizacja. Jestem po kursach z dietetyki pokarmowej. Skład karmy to matematyka i biologia w jednym. Kiedy biorę granulkę do ust przy kliencie, robię to, by pokazać jakość. Czuć tam autentyczne mięso, a nie wypełniacze. Ci odważniejsi klienci próbują ze mną. To buduje zaufanie. Przez te 25 lat nauczyłem się, że sprzedać karmę, a dobrze dobrać dietę dla psa z problemami, to dwie różne profesje. Klienci wracają po czasie i mówią: „Wie pan co? Super, karma dobrze dobrana”. To daje ogromną satysfakcję.
Ale zoologia to tylko jedna strona medalu. Druga to rower. I to nie byle jaki, bo mówimy o ultramaratonach. Skąd u 66-latka siła, by porywać się na trasy liczące ponad tysiąc kilometrów?
Rower był ze mną od zawsze. Pasjonowało mnie to, co w lesie, co na drzewach – rośliny i zwierzęta. Już jako dziecko chciałem wiedzieć, co jest za następnym wzgórzem, za kolejnym lasem. To moje życiowe motto: „zobaczyć, co jest dalej”. Pierwszą poważną wyprawę odbyłem w 1981 roku na kupionym za pierwszą wypłatę Wagancie. Dojechanie nad morze zajęło mi wtedy cztery dni. Dziś wspominam to z uśmiechem, bo teraz robię to w kilkanaście godzin, jadąc „na pączki” do Kołobrzegu.
W środowisku kolarskim masz ksywkę „Mapnik”. W czasach GPS-ów to brzmi niemal jak tytuł szlachecki.
Wzięło się to stąd, że dawniej nie było Garminów. Miałem mapę przypiętą do kierownicy i po prostu kreśliłem na niej trasę. Orientację mam wrodzoną – chodząc po górach czy jeżdżąc po lasach, nigdy nie błądzę, chyba że robię to celowo. Szukałem miejsc z historią. Odkrywałem kurhany pod Rawiczem, lasy w okolicach Gostynia. Interesowała mnie słowiańszczyzna, historia ziemi, po której jadę. Rower to dla mnie narzędzie poznawcze, a nie tylko licznik spalonych kalorii. Jestem typowym samotnikiem – lubię czuć przyrodę, to, co się dzieje po lewej i prawej, bez zbędnego gadania.
Przejdźmy do konkretów. Maraton Bałtyk-Bieszczady: ponad 1000 kilometrów. Jak fizycznie i psychicznie wytrzymuje się taki dystans?
Mój rekord na trasie 1038 km to 58 godzin i 52 minuty. W tym były tylko dwie godziny snu. Startujesz w Świnoujściu, a meta jest w Ustrzykach Górnych. To walka z samym sobą. Najtrudniejsze są noce. Jedziesz w snopie światła, widzisz tylko kilka metrów przed sobą. Wokół świecące oczy zwierząt, trzask łamanych gałęzi. Wiatr w nocy odbiera się zupełnie inaczej niż w dzień. To jest czas, kiedy głowa pracuje najmocniej. Rozmawiam wtedy sam ze sobą, głośno, żeby pobudzić umysł do myślenia i nie zasnąć.
Zdarzyły się momenty naprawdę niebezpieczne?
Podczas ostatniego Bałtyk-Bieszczady przeżyłem coś, co nazywam „ścianą wody”. Pod Bydgoszczą złapała nas taka ulewa, że widoczność spadła do zera. Mimo lampki na kasku i rowerze, nic nie było widać. Wiatr był tak silny, że nie byłem w stanie utrzymać kierownicy. Musiałem się wypiąć z pedałów i złapać metalowego słupka znaku drogowego, żeby mnie nie zdmuchnęło w pole. Ścisnąłem słupek i modliłem się, żeby żaden samochód we mnie nie wjechał. Stałem tam, trzymając rower, a woda lała się strumieniami. Gdy front przeszedł, wsiadłem i pojechałem dalej. Paradoks polegał na tym, że trzy kilometry dalej asfalt był całkowicie suchy.
A co z kryzysami? Podobno niektórzy zasypiają na rowerze.
Na maratonach stosuję „dziesięciominutowy reset”. Jeśli czuję, że odpływam, zjeżdżam na przystanek, nastawiam budzik w telefonie na 10 minut i zasypiam w trzy sekundy. Po takim czasie budzę się jak nowo narodzony i mogę jechać kolejne 200 kilometrów. To niesamowita zdolność regeneracji organizmu pod wpływem adrenaliny. Stosuję też ćwiczenia w trakcie jazdy – krążenia ramionami, naciąganie mięśni, zmianę nacisku nóg. To pozwala rozruszać ciało zastygłe w jednej pozycji.
Jak łączysz pracę w sklepie – 9 godzin dziennie – z treningiem ultramaratończyka?
To jest styl życia, nie epizod. W zimie, kiedy szybko robi się ciemno, ratuje mnie trenażer. Używam aplikacji Rouvy, gdzie mój awatar jeździ po trasach w USA czy Europie. Potrafię na nim „wykręcić” 150 kilometrów. To świetny trening siłowy, zwłaszcza gdy ustawię sobie wirtualny podjazd o nachyleniu 20%. Wiosną ruszam w teren. Rocznie przejeżdżam od 15 do 18 tysięcy kilometrów na zewnątrz, a do tego dochodzi około 10 tysięcy na trenażerze. Sumarycznie to więcej, niż niejeden kierowca przejeżdża samochodem.
A dieta? Co się je na takiej katorżniczej trasie?
Baza to makarony i białko. Ale mam swój tajny sposób na pierwsze 300 kilometrów: kogel-mogel. Kilka żółtek, łyżka miodu, kakao. To daje niesamowitego kopa energetycznego. Na trasie korzystam z „pit stopów”, gdzie jem szybko i konkretnie. Najwięcej czasu traci się na gadaniu na punktach kontrolnych. Ja wpadam, myję twarz, napełniam bidony, jem i uciekam. Odpoczywam przez pierwsze 5 kilometrów po ruszeniu, łapiąc rytm.
Jeździsz na profesjonalnym sprzęcie? Jak to się zmieniało przez lata?
Zaczynałem od crossa, potem były maratony MTB na grubych oponach. Teraz mam rower szosowy Pinarello ściągnięty z Włoch – sam rower waży 7 kg, a z sakwami około 11 kg.
Dlaczego nie zawodowstwo? Przy takich wynikach mógłbyś startować w wyścigach.
Nigdy mnie to nie kusiło. Wyścig to 150 kilometrów agresywnej jazdy w peletonie. Ja jestem samotnikiem. Uwielbiam tę wolność, gdy nikt mi nie przeszkadza, nikt do mnie nie mówi. Maratony ultra to inna dyscyplina – tu liczy się rozłożenie sił, strategia i psychika. Tu przesuwa się granice. Kiedy wjeżdżasz na metę po 1000 km, czujesz, że mógłbyś zawrócić i przejechać to jeszcze raz. Słyszysz dźwięk dzwonu witającego zawodnika, dostajesz medal i czujesz, że adrenalina trzyma Cię jeszcze przez tydzień. Drugim razem, jak dojechałem do tablicy z napisem „Ustrzyki”, zawróciłem, żeby ją uścisnąć, porobić zdjęcia i dopiero wtedy wjechałem na metę. Musiałem podziękować trasie.
Wiek to tylko liczba? Masz 66 lat, a formy mogliby Ci pozazdrościć dwudziestolatkowie.
Wielu moich rówieśników wybiera kapcie i telewizor. Ja wolę „popychać kropkę” na trackerze, żeby rodzina widziała, gdzie aktualnie jestem w Polsce. To urządzenie śledzące daje bliskim spokój, choć raz kropka zniknęła, bo tracker się rozładował i była mała panika. To kwestia mentalności. Jeśli ktoś przejedzie 30 kilometrów i jest zadowolony– świetnie. Ale zachęcam: spróbuj następnym razem zrobić 35. Potem 40. Granica jest tam, gdzie ją sobie sam postawisz.
Co dalej? Jakieś nowe cele na horyzoncie?
Moim marzeniem jest MRDP – Maraton Rowerowy Dookoła Polski. To 3500 kilometrów. Na razie przeszkodą jest czas, bo pawilon zoologiczny nie może zostać zbyt długo bez nadzoru. Ale prędzej czy później to zrobię.
Czego Ci życzyć?
Tego, co zawsze: ciekawości, by sprawdzać, co jest za następnym zakrętem. Dopóki chce mi się sprawdzać, co jest dalej, czuję, że naprawdę żyję.
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu glospowiatusredzkiego.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz