Kioski to sklepy, które coraz częściej znikają z terenów miast w Polsce. Nie inaczej jest w Środzie Wielkopolskiej, gdzie ostały się już ostatnie punkty tego typu na mapie miasta. Jednym z nich jest kiosk przy ulicy Dąbrowskiego, gdzie od lat klientów obsługuje pani Renata Gruszczak. Pomalowany na czerwono kiosk jest miejscem posiadającym wielu stałych klientów i wpisał się w krajobraz Środy. Ze sprzedającą w kiosku panią Renatą Gruszczak rozmawiała Joanna Duda.
Kim jest pani Renata Gruszczak?
Znana wielu sprzedawczyni to nie tylko „pani z kiosku”, ale również mama, babcia oraz miłośniczka natury. Codziennie od lat dziewięćdziesiątych można ją spotkać w kiosku. Po pracy zaś lubi spędzać czas w ogrodzie, gdzie zajmuje się sadzeniem roślin i wprowadza ciągłe zmiany.
– Nie potrafię siedzieć i nic nie robić. Dlatego latem w ogrodzie ciągle coś robię. To wycinam, to sadzę, to przesadzam. Obecnie to jedna wielka dżungla, bo rośnie mi wszystko, tylko nie to, co chcę. – mówi pani Renata.
Ciekawostką jest to, że praca w handlu nie była nigdy marzeniem pani Renaty, ponieważ ukończyła szkołę w całkiem innym kierunku.
– Chodziłam do szkoły odzieżowej w Poznaniu. Podobała mi się za-wsze zabawa z ubraniami. Na rozpoczęcie roku sama uszyłam sobie ubranie. Myślę jednak, że po tylu latach w kiosku nie mogłabym ro-bić czegoś innego i pracować w zawodzie. Zbyt mocno polubiłam siedzenie tutaj i sprzedawanie – mówi pani Renata.
Od czego się zaczęło?
– Po szkole pracowałam przez 11 lat na produkcji w Poznaniu. Następnie pracowałam w Kostrzynie, a później w Środzie. Do kiosku trafiłam tak naprawdę przez całkowity przypadek. Dawniej było tak, że jeśli chciało się wziąć wolne pracując w kiosku, to trzeba było znaleźć za siebie zastępstwo. Wtedy pani z jednego kiosku miała zarezerwowane wakacje i zapytała mnie, czy przyjdę na zastępstwo. Nie wiem dokładnie kiedy to było, ale myślę, że około 40 lat temu. Zgodziłam się wtedy. Później ona wróciła z wakacji i zaczęła sprzedawać w sklepie obok, a ja zostałam w kiosku. Później około 1991 roku przestałam pracować pod kimś i razem z mężem przeszliśmy na własną działalność. Zanim zaczęłam pracować tu, gdzie jestem teraz, pracowałam w kiosku na deptaku, który stał przy tych starych ubikacjach. Właśnie na tamtym kiosku przeszłam na swoją działalność, gdy Ruch prywatyzował wszystko. Później był ten kiosk, gdzie jestem obecnie, a jeszcze dalej inne sklepy, których już praktycznie nie ma – mówi pani Renata.
„Narzekam, ale muszę coś robić”
Pani Renata wraz z mężem rozwijała sieć sklepów i kiosków przez pewien czas. Później jednak trzeba było zamykać stopniowo punkty i obecnie pozostał kiosk przy ulicy Dąbrowskiego i sklep na Starym Rynku.
– W najlepszym czasie mieliśmy łącznie 12 punktów sprzedaży. Narzekałam, że wszystko na mojej głowie. Całe urządzanie, pilnowanie majstrów i tak dalej, ale podobało mi się to. Otwieranie nowych punktów, urządzanie ich po swojemu. To dawało takie miłe uczucie. Gorzej, kiedy trzeba było zacząć zamykać sklepy. Dobrze jednak, że został ten kiosk. Chociaż czasem też rano narzekam, że ostatni raz idę do kiosku, to i tak wiem, że bym bez tej pracy nie wytrzymała, bo muszę coś robić. Mimo że mogłabym skończyć już pracować, bo jestem na emeryturze, to wolę ciągle coś robić. Siedzenie w domu jest dla mnie jak czekanie na śmierć. Nie potrafiłabym tak, więc ten kiosk skończy się razem ze mną – mówi pani Renata.
Największe niedogodności pracy w kiosku
Wbrew pozorom zima i potrzeby fizjologiczne nie są niedogodnością i trudnością pracy w kiosku.
– Korzystanie z toalety nie jest problemem. Kiedyś trzeba było szukać w okolicy jakiegoś biura, sklepu lub innego miejsca, gdzie można byłoby spokojnie skorzystać z ubikacji. Teraz są turystyczne toalety, które mają specjalny płyn. Mogę też skorzystać z ubikacji, które są przy targowisku. Tak samo zima nie jest zła. Po pierwsze dlatego, że obecnie zimy są słabsze i cieplejsze. Poza tym do kiosku wstawiam sobie małe grzejniki i ciepło się ubieram. Mam na sobie polar i grube buty. Nie wygląda to i może elegancko, ale ja tu nie od wyglądania jestem – mówi pani Renata.
Największą niedogodnością okazują się niektórzy klienci i osoby przechodzące obok kiosku. Na przestrzeni lat zmieniło się podejście wielu klientów, co potrafi sprawić przykrość.
– Może i to, co powiem zabrzmi niegrzecznie, ale najcięższy w pracy jest kontakt z ludźmi. I nie mówię tu o wszystkich, ale są tacy, którzy strasznie się zmienili przez te lata. Kiedyś byłam ja dla nich i oni dla mnie, a teraz dla wielu jestem ja, a oni już dla mnie nie. Odzywają się z kpiną i pretensją w głosie, gdy mówię, że czegoś nie mam. Kiosk nie jest dźwiękoszczelny, więc słyszę jak się o mnie wyrażają nawet, jeśli odejdą na kilka kroków. Dawniej jak czegoś nie miałam, to nie spotykałam się z takim oburzeniem i złością tylko zrozumieniem, a teraz słyszę wręcz wrogo wypowiedziane słowa do drugiej osoby z pretensją, że ja śmiałam czegoś nie mieć lub cena jest taka, a nie inna. Są też osoby, które zaczynają się wykłócać, gdy pomylę się przy wydawaniu reszty o kilka groszy tak jakbym zrobiła to specjalnie, a przecież każdemu zdarzają się czasem pomyłki. To jest najbardziej przykre, ale na szczęście są klienci, którzy zachowują kulturę i praca z nimi to przyjemność – mówi pani Renata.
Zmiany w handlu na przestrzeni lat
– Wiele się zmieniło od momentu, gdy zaczęłam sprzedawać w kiosku. Ludzie stopniowo przenieśli się do większych sklepów i zamiast kupić na przykład proszek do prania u mnie to wolą iść do drogerii lub marketu. Zmienili się też klienci. Na początku był większy przedział wiekowy. Dzieciaki przychodziły kupować wtedy, a teraz są to głównie stali klienci i osoby starsze. Teraz jak przyjdzie niepełnoletni to tylko dlatego, że liczy na kupienie papierosów i ma żal, że odmawiam, „bo gdzie indziej mi sprzedali”. I tu już nie chodzi nawet o prawo, ale sam fakt, że sama paliłam i wiem, że niepełnoletniemu nie sprzedam, bo taki dzieciak zamiast kupić śniadanie za pieniądze od rodziców przyjdzie do mnie i kupi papierosy, a to podwójnie źle dla niego – mówi pani Renata.
Na przestrzeni lat zmienili się nie tylko klienci, ale również sprzedawany asortyment. Obecnie głównie sprzedawane są gazety oraz papierosy, a reszta produktów jest kupowana rzadziej niż kiedyś.
Nietypowe przypadki
– Przez te lata różne rzeczy się działy. Wcześniej dochodziło częściej do kradzieży, szczególnie przez dzieciaki, co obecnie jest rzadkością. Teraz rzadko kto już wsadza rękę, żeby coś wyciągnąć, ale zdarzają się takie sytuacje. Na przykład pani, która kiedyś chciała kupić farby powiedziała, które mam jej dać i kiedy poszłam na zaplecze po farbę to zabrała kartoniki zostawione na blacie i uciekła. Nie wiedziała, że ja na wystawie mam tylko puste pudełka, do których wkładam zawartość przy kliencie. Później przyszła z pretensjami, że ją oszukałam i jej sprzedałam puste pudełka. Ja nie chce nikogo oszukać. Niedawno pani zapłaciła za papierosy i je zostawiła. Leżą odłożone i wiem, że jak przyjdzie, to jej je po prostu dam – mówi pani Renata.
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz