Fot. WTK Fot. WTK

Wyjazd, który zamienił się w niezapomniany koszmar

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

Mieszkaniec Środy, Paweł Marok z pewnością nigdy nie zapomni wigilii 2020. I to nie ze względu na wyjątkowy wieczór spędzony w gronie najbliższych i zapach przygotowanych potraw, a przez koszmar, jaki przeżył będąc w Anglii.

Paweł Marok na co dzień pracuje jako międzynarodowy kierowca busa. Jeździ po całej Europie wożąc części różnych marek samochodów. Włochy, Hiszpania i w szczególności Anglia są na stałej trasie pana Pawła. Tuż przed świętami Bożego Narodzenia Francja zdecydowała o całkowitym wstrzymaniu przewozów drogowych z Wielkiej Brytanii. Powód? Wykrycie na Wyspach Brytyjskich bardziej zaraźliwej odmiany koronawirusa. Aby wydostać się z kraju, kierowcy musieli mieć zrobiony test na COVID-19, a jego wynik musiał być ujemny.

Wielokilometrowy korek

- Po rozwiezieniu towaru pojechaliśmy w kierunku portu w Dover. Naszym oczom ukazały się zablokowane ronda, drogi, policja kierowała nas na nieczynne lotnisko w Manstone. Jednak ja i inni kierowcy z firmy spedycyjnej, w której pracuję chcieliśmy jak najszybciej dojechać do portu. Ominęliśmy mundurowych i wbrew nich pojechaliśmy do Dover. Okazało się, że do portu prowadzi około dziesięciokilometrowy korek – wspomina w rozmowie dla GPŚ Paweł Marok.

Jakiś czas później okazało się, że kolejka pojazdów nie ma już 10, a 30 kilometrów długości i połączyła się z całkowicie zajętym przez pojazdy pasem lotniska w Manstone. Następnie do kierowców dotarły informacje, że Anglikom skończyły się szybkie testy antygenowe, których mieli łącznie 300, a na badanie oczekiwało około 15 tysięcy kierowców samochodów ciężarowych i busów.

- Policjanci podeszli do nas w nocy, powiedzieli byśmy nie spali, bo wkrótce z Francji przypłyną francuscy lekarze z nowymi testami. Kiedy przypłynęli i odpowiednio się przygotowali, zaczęto wpuszczać nas w odpowiednie miejsce na test. Pobrano nam wymaz, a po 20 minutach ktoś przyszedł z wynikami i ten kto miał negatywny mógł odebrać bilet i zameldować się na promie – relacjonuje pan Paweł.

Wigilia bez rodziny

Paweł Marok w kolejce czekał łącznie 3 dni. Niestety wigilii nie spędził z synem i żoną, a z kierowcami w porcie. Każdy z kierowców miał swoje zapasy jedzenia. Nie zabrakło nawet barszczu...z paczki.

- Wigilia bez rodziny? Szkoda gadać. Łzy mi lecą na samą myśl. To była pierwsza taka wigilia w moim życiu. Mam nadzieję, że już nigdy mnie coś takiego nie spotka. W domu czekał na mnie syn, żona, a pozostała mi wideo rozmowa przez telefon. Coś strasznego, tym bardziej, że syn studiuje w Szczytnie i rzadko się teraz widzimy – wspomina z trudem wzruszony Paweł Marok.

Wdzięczność Rumunów

W tym wigilijnym koszmarze pan Paweł i pozostali kierowcy z Polski doświadczyli odrobiny dobra. Wszystko za sprawą Rumunów, którzy mieszkają w Anglii i prowadzą swoje sklepy.

- Mimo że mieliśmy własne jedzenie to Rumuni postanowili dołożyć od siebie dodatkowe zapasy i wodę. Zapytaliśmy im się dlaczego to robią, a oni odpowiedzieli, że w latach 90., gdy zaczynali handlować w Polsce, to otrzymali od Polaków duże wsparcie i teraz chcieli się odwdzięczyć. Dużą pomocą wykazała się także lokalna Polonia, która dowiozła nam jedzenie oraz chusteczki nawilżane, aby się odświeżyć, bo w porcie nie było możliwości wzięcia prysznica, ani skorzystania z toalety – mówi pan Marok.

Brak toalet i prysznica

Korzystanie z toalety możliwe było tylko w krzakach. Paweł Marok woli sobie nie wyobrażać jak teraz wygląda port, kiedy każdy z kierowców szedł „na stronę” załatwić swoją potrzebę fizjologiczną.

Brak snu i powrót do kraju

Średzki kierowca z Anglii wypływał w wigilię. W nocy prom dopłynął do Francji.

- Po dopłynięciu jak najszybciej pojechaliśmy do Belgii, do której mieliśmy około 40 kilometrów z portu. Po dojechaniu do jednego z belgijskich parkingów, w końcu po 48 godzinach poszedłem spać. Spałem z 8 godzin. Kiedy się nieco wyspałem ruszyłem w ponad 1000-kilometrową drogę do domu – wyjaśnia Paweł Marok.

Średzianin jechał przez Belgię, Holandię, a następnie w Niemczech pod Düsseldorfem zatrzymał się na 4-godzinną przerwę. Po niej pozostała już tylko jazda do Środy.

Ponownie z bliskimi

25 grudnia koło południa wjechał do Środy. Gdy dotarł do domu w drzwiach czekał na niego syn oraz żona. Najbliżsi serdecznie przywitali pana Pawła. Nie szczędzili sobie uścisków.

- To doświadczenie już z głowy nigdy nie wyjdzie, czegoś takiego jeszcze nie przeżyłem. Pierwsze święto i drugie na szczęście spędziliśmy już razem. Moja radość była ogromna. Mam dobrą psychikę, ale w takich chwilach jak ta, nawet najwięksi twardziele wymiękają. Każdy czeka na wigilię, na ten jeden jedyny moment w roku, a tu nagle okazuje się, że cię nie będzie. Gdyby nie ta cała sytuacja, to byłbym już 22, a nie 25 grudnia w domu – kończy wypowiedź Paweł Marok.

Jędrzej

Student dziennikarstwa. Miłośnik podróży i piłki nożnej. Członek Klubu Szalonego Podróżnika i pomysłodawca Zaniemyskiego Dnia Podróżnika.
Jeżeli chcesz, żeby zajął się jakimś tematem, napisz - j.jozefowicz@glospowiatusredzkiego.pl

Skomentuj

Upewnij się, że zostały wprowadzone wszystkie wymagane informacje oznaczone gwiazdką (*). Kod HTML jest niedozwolony.

WARTO OBEJRZEĆ

GPŚ news – bądź najlepiej poinformowany!

Włącz swój javascript, aby przesłać ten formularz

NOWE ZDJĘCIA

Wąskotorówka z sygnalizacją?
Wyłączenia prądu w najbliższych dniach.
Długo trzeba było czekać
Kolegiata rośnie z dnia na dzień
Zostały wycięte drzewa. Dlaczego?