Monika i Krzysiek na tle panoramy starożytnego miasta Bagan w Birmie. Monika i Krzysiek na tle panoramy starożytnego miasta Bagan w Birmie.

Poznając magię Azji

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Dwoje średzian, Monika Korcz i Krzysztof Formanowicz, postanowili spełnić swoje marzenia. Wyruszyli w ponad 3-miesięczną podróż do Azji. Tego, co zobaczyli, nie zapomną z pewnością do końca życia. W rozmowie z Sonią Langner opowiedzieli o nocy w domku na drzewie, kąpieli ze słoniami oraz wielu innych niecodziennych przeżyciach.

Jak długo przebywaliście w Azji i jakie kraje odwiedziliście?
Wyjechaliśmy na początku września 2017 roku, a wróciliśmy dwa dni przed Bożym Narodzeniem. W tym czasie udało nam się zwiedzić Tajlandię, Birmę, Laos, Kambodżę i Wietnam.

Skąd pomysł na tak egzotyczną podróż? Ile zajęły Wam przygotowania do niej?
Od dłuższego czasu kiełkował w naszych głowach pomysł wyjazdu, a im częściej o nim dyskutowaliśmy, tym bardziej konkretne kształty przybierał. Braliśmy pod uwagę kilka kierunków, ale ostatecznie padło na Azję Południowo-Wschodnią.
Przygotowania zajęły nam około pół roku i obejmowały głównie szczepienia, zakupy turystyczne, planowanie trasy i kupno biletów lotniczych. Czytaliśmy bardzo dużo blogów podróżniczych, przewodników, reportaży i słuchaliśmy rad znajomych. Szczepienia zaczęliśmy robić około pięciu miesięcy przed wyjazdem, ponieważ chcieliśmy mieć je z głowy przed latem i sezonem urlopowym. Cykl szczepień trwa około miesiąca i większość trzeba wykonać minimum tydzień przed wyjazdem. Jeśli chodzi o bilety lotnicze to dość długo zwlekaliśmy z zakupem, ponieważ nie byliśmy pewni planu podróży. Monitorowaliśmy ceny i, gdy nadarzyła się dobra okazja, w końcu je kupiliśmy. W Polsce nie zajmowaliśmy się wyrabianiem wiz, ponieważ do Tajlandii wiza na 30 dni pobytu nie jest potrzebna. Wizy do kolejnych krajów wyrabialiśmy po drodze – przez Internet do Birmy, na przejściach granicznych do Laosu i Kambodży i w wietnamskim konsulacie.

Czy planowaliście miejsca, w których się zatrzymacie, czy poszliście „na żywioł”?
Przed wyjazdem zarezerwowaliśmy tylko 3 pierwsze noclegi w Bangkoku, a kolejnych szukaliśmy już w trakcie podróży. Spaliśmy w przeróżnych miejscach, od domków na plaży, przez hostele, gościńce, aż po domki na drzewie.

Co najbardziej zapamiętacie z tej wyprawy? Jakie niesamowite miejsca zobaczyliście?
Na pewno zapamiętamy poczucie wolności i niezależności, niesamowite widoki, orientalne smaki i całkowicie inną od europejskiej kulturę. W pamięć zapadli nam zwłaszcza ludzie, których spotkaliśmy na naszej drodze i ich usposobienie, podejście do życia. Często w nieoczekiwanych chwilach przypominają nam się wyrwane z kontekstu momenty z wyjazdu i wtedy mamy nieodpartą chęć teleportowania się gdzieś daleko, na przykład do jednego z wielu wspaniałych miejsc, które udało nam się zobaczyć.
Trudno o nich opowiedzieć w kilku zdaniach. Zwiedziliśmy masę świątyń, a jedną z najwspanialszych jest pagoda Szwedagon w birmańskim Rangunie. Wykonana w całości ze złota, jest regularnie pokrywana nowymi warstwami darowanymi przez wiernych. Przechowywane są w niej relikwie czterech Buddów. Według niepisanej zasady każdy Birmańczyk powinien ją odwiedzić przynajmniej raz w życiu.
Przepych kompleksu świątynnego robi niesamowite wrażenie, zwłaszcza w zderzeniu z panującą tam biedą.

Pozostając przy świątyniach, nie sposób nie wspomnieć o ruinach starożytnego miasta Bagan w środkowej Birmie. Dzisiaj z wielkiej metropolii zostało tylko około tysiąca świątyń. Na sporą część z nich można się wspiąć i podziwiać widok dziesiątek stup wyłaniających się z bujnej roślinności i pól uprawnych. Najmilszym wspomnieniem, do którego często wracamy jest odkryta przez nas świątynia bez nazwy, zarejestrowana tylko jako numer, którą wykorzystywaliśmy jako prywatne miejsce do podziwiania wschodów i zachodów słońca.

W Birmie udało nam się także wybrać na trekking po dżungli. Było to nieopodal miasta Hsipaw, które jest jednym z najbardziej wysuniętych na północ miejsc kraju dostępnych dla turystów (w Birmie nadal w niektórych miejscach trwają walki o podłożu etnicznym i z tego względu wjazd na te tereny objęty jest szczególnym nadzorem). Szliśmy przez bardzo słabo zaludnione tereny pokryte gęstą roślinnością, więc co jakiś czas nasz przewodnik wycinał nam ścieżkę maczetą. Nasza grupa składała się z kilkorga turystów, przewodnika, trzech psów i kucharza, który przygotowywał nam pyszne regionalne potrawy podawane na liściu bananowca przy strumyku. Punktem kulminacyjnym wyprawy było podejście na bardzo stromą górę i nocleg w domku na drzewie na jej szczycie. Widok wschodu słońca niezapomniany.
Wybraliśmy się też w rejs motorówką po sztucznym jeziorze znajdującym się na terenie parku narodowego Khao Sok w Tajlandii. Było to niesamowite przeżycie ze względu na liczne wapienne formacje skalne wyrastające pionowo wprost z wody. Widok zapierający dech w piersiach. Podobne formacje zobaczyliśmy w dalszej części podróży w zatoce Hạ Long w Wietnamie, gdzie przez dwa dni pływaliśmy statkiem. Perełką tej wyprawy były kajaki wśród skał i jaskiń.
W przerwie od aktywnego zwiedzania oddawaliśmy się słodkiemu lenistwu na tropikalnych wyspach. Jedną z nich była wyspa Koh Rong w Kambodży, gdzie spaliśmy w domku na pięknej plaży odciętej od cywilizacji. Dzięki temu mogliśmy podziwiać rajskie widoki, pływać wśród ławic ryb, a nocą pluskać się w bioluminescencyjnym planktonie występującym w tym regionie Zatoki Tajlandzkiej.
Na pewno zapamiętamy wietnamskie Hội An, którego starówka, wraz z licznymi domami kupieckimi i halami zgromadzeń, wpisana jest na listę UNESCO. Miasto znane jest również z licznych zakładów krawieckich, a przechadzając się po ulicach wieczorami niesamowity klimat robią porozwieszane dosłownie wszędzie chińskie lampiony. Polskim akcentem zwiedzania Hội An jest postać Kazimierza Kwiatkowskiego, konserwatora zabytków odpowiedzialnego za renowację starego miasta. Wietnamczycy postawili mu nawet pomnik.
Odwiedziliśmy też całe mnóstwo wiosek i osad. W środkowym Losie, z dala od głównego turystycznego szlaku znajduje się wieś Konglor, której główną atrakcją jest wielka, 12-kilometrowa jaskinia. Płynie się przez nią łódką w całkowitych ciemnościach (jedynym źródłem światła są latarki czołowe), miejscami przepychając ją po płyciznach i malutkich wodospadach. Sama wioska jest malowniczo położona wśród wapiennych skał, a odbywając krótki spacer można z bliska przyjrzeć się codziennemu życiu mieszkańców.
Kolejną perełką wyjazdu była wycieczka motocyklowa po laotańskim płaskowyżu Boloven, który słynie z licznych wodospadów i plantacji kawy. Najbardziej w pamięć zapadły nam dwa niesamowite wodospady: prawie 100-metrowy oraz „suchy”, na którego szczyt można wejść i podziwiać panoramę płaskowyżu znad urwiska. Jedynym zagrożeniem była położona wyżej elektrownia wodna, z której czasami spuszczana jest woda. Zwiedziliśmy też organiczną plantację kawy, której właściciel częstował nas świeżo zgniecionymi w dłoni mrówkami.
Mieliśmy również okazję uczestniczyć w lekcji medytacji w Phnom Penh oraz przyglądać się ceremonii ofiarowania jałmużny mnichom w Luang Prabang.
Nie zapomnimy dnia spędzonego w sanktuarium dla słoni w tajskim Chiang Mai. . Zwierzęta spędzają tam czas na jedzeniu, odpoczywaniu i spaniu, nie są w żaden sposób wykorzystywane do przeróżnych turystycznych „atrakcji”. Karmiliśmy je trzciną cukrową i bananami (które są ich przysmakiem), przygotowywaliśmy dla nich ziołowe lekarstwa, a wisienką na torcie było błotne spa z nacieraniem skóry słoni i wspólna kąpiel w rzece. Mieliśmy wyjątkowe szczęście, bo kilka dni wcześniej w tym sanktuarium przyszedł na świat nowy członek słoniej rodziny, którego mogliśmy zobaczyć dopiero w czwartym dniu jego życia. Bardzo trudno było nam pożegnać się z nowymi przyjaciółmi.

Z pewnością zdążyliście poznać tamtejszą kulturę i mieszkańców...
Od pierwszego zetknięcia się z tamtejszą kulturą poczuliśmy, że jesteśmy w zupełnie innym świecie. Pierwsze, co rzuciło nam się w oczy, to pozorny chaos, tłok, mnogość docierających do nas bodźców, w tym zapachów. Okazało się jednak, że w tym pozornym bałaganie jest jakaś logika. A co najważniejsze, od pierwszych chwil, bardzo dobrze się tam czuliśmy i odnajdywaliśmy. Urzekła nas kultura odwiedzonych przez nas miejsc, która, choć bardzo różnorodna, to jednak w większości miała wspólny mianownik w postaci buddyzmu. Przejawiało się to głównie w odczuwalnym spokoju ducha mieszkańców, ich życzliwości oraz chęci pomocy. Na własnej skórze odczuliśmy tę chęć pomocy w różnych nieprzewidzianych sytuacjach, gdzie nawet bariera językowa nie była przeszkodą.
W porównaniu z kulturą europejską życie w Azji Południowo-Wschodniej toczy się bardzo powoli i z dnia na dzień. Trudno zauważyć znane nam z codzienności pośpiech, czy stres. Kolejną różnicą jest skromność i brak wylewności w okazywaniu uczuć - nadmierna ekspresyjność uważana jest za nietakt.
W niektórych miejscach odczuwaliśmy jednak chęć tubylców do wykorzystywania turystów i ich naiwności. W najpopularniejszych turystycznych atrakcjach trzeba uważać na naciągaczy, a nawet targować się o mocno zawyżone ceny jedzenia.

Planujecie kolejną taką wyprawę?
Tak, nie zdążyliśmy jeszcze wrócić, a już w głowie pojawiły się nowe pomysły. Na pewno chcemy wrócić w te rejony, przejechać cały Wietnam na motocyklach. Fascynują nas też inne rejony globu, marzymy o podróży po Ameryce Południowej i Australii.

Trudno było opuszczać te miejsca?
Targały nami sprzeczne uczucia. Choć byliśmy już trochę zmęczeni ciągłą wędrówką i cieszyliśmy się z powrotu na Święta, to jednak niełatwo było nam porzucić podróżniczy styl życia, piękne miejsca i niesamowitą kulturę, w której się zakochaliśmy. Trudno było nam też pogodzić się ze zmianą klimatu na umiarkowany.

Sonia

Miłośniczka zwierząt i przyrody. Zajmuje się głównie działem gminnym i służbami mundurowymi. Chętnie zajmie się także wszelkimi zgłoszeniami od mieszkańców.

Jeżeli chcesz, żebym zajęła się jakimś tematem pisz – s.langner@glospowiatusredzkiego.pl

Skomentuj

Upewnij się, że zostały wprowadzone wszystkie wymagane informacje oznaczone gwiazdką (*). Kod HTML jest niedozwolony.